1

Jestem ostatnio w temacie ubrań, a raczej ich poszukiwania. Moja szafa została oczyszczona i świeci pustkami, a w najbliższą niedzielę mamy duże spotkanie rodzinne czyli chrzest. Mam więc okazję, aby zainwestować w siebie i kupić sobie coś ładnego. Wydawało mi się, że jak mój rozmiar zmniejszył się z 52 na 46, to będzie to dużo łatwiejsze, ale niestety praktyka wcale tego nie potwierdza. Mam za sobą już trzy podejścia poszukiwawczo – zakupowe i niestety nie przyniosły one pożądanych efektów! O zgrozo, ile można chodzić, aby sobie coś ładnego kupić? Pocieszam się tylko, że 4 godziny shoppingu to prawie tak  jak 2 godziny na kijkach:-). Szukałam garsonki lub sukienki z żakietem, które będą pasowały i na tę uroczystość i potem dadzą się wykorzystać na jakieś mniej oficjalne wyjście: do teatru, na imprezę czy przysłowie imieniny u cioci. Niestety, nic takiego nie znalazłam. Jest zatrzęsienie kreacji weselnych, świecących, połyskujących  lub wydekoltowanych – a to nie w moim typie. Jak już coś mi się podobało, to albo nie miało żakietu (a trochę już za chłodno na same ramiączka), albo nie było mojego rozmiaru. Zauważyłam, że 46 to znacznie częściej kupowany rozmiar niż 52:-), a w dodatku przymierzałam kilka rzeczy w rozmiarze 44 i były dobre, co nieco mnie zdziwiło. Generalnie to ja nie lubię robić zakupów, nie sprawia mi to frajdy i męczy mnie fizycznie i psychicznie. Może dlatego, że mało mam takich doświadczeń.
Przez długie lata, świetne kreacje szyła mi moja mama – jakie tylko sobie wymarzyłam i narysowałam. Zawsze miałam coś ładnego, oryginalnego i świetnie uszytego na moją  sylwetkę. Potem ja przytyłam, mama nie mogła już szyć i zaczęło się chodzenie po sklepach. Nie wspominam tego dobrze, znalezienie czegoś dużego i ładnego graniczyło z cudem. Wiele razy usłyszałam komentarze typu: „takich dużych rozmiarów nie prowadzimy, do tego są specjalne sklepy”, „ nie mamy odzieży dla puszystych!” itp. Żeby tego uniknąć zaczęłam wyszukiwać ubrania w inetnecie i przez lata nabrałam w tym dużej wprawy:-). Co prawda nie wszystkie zakupy były 100% udane, ale zdecydowana większość tak. Jak mi coś nie pasowało, puszczałam „w obieg” wśród moich koleżanek, albo zanosiłam na jakieś małe poprawki do krawcowej. Teraz mam potrzebę przymierzenia tego, co chcę kupić (wciąż nie jestem pewna swojego aktualnego rozmiaru i patrzę w lustro z niedowierzaniem:-) i dlatego ciąg poszukiwawczo – zakupowy dalej trwa. Mam nadzieję, że uda mi się załatwić tą sprawę przed najbliższą niedzielą:-). We czwartek jadę do Warszawy (po odbiór wyników biopsji), więc w razie czego, jeszcze tam będę szaleć po sklepach. Mimo pewnego niepokoju wewnętrznego, staram się myśleć pozytywnie i mam nadzieję, że wynik badanie też będzie dla mnie pozytywny. Trzymajcie za mnie kciuki!


Jedna odpowiedź do wpisu “Pusta szafa”

  1. ania

    Agnieszko, oczywiście, że trzymam za Ciebie kciuki. Na pewno w końcu kupisz coś, co Cię zadowoli.


Trackbacki/Pingbacki


Zostaw komentarz