1

Mimo jesiennego chłodu, wciąż jeszcze próbuję łapać ostatnie promienie słońca i zachwycam się barwami jesieni. Sobotnie popołudnie było wspaniałym czasem, aby realizować to w praktyce. W moim mieście zorganizowany został heppening dla rowerzystów pod hasłem „Masa krytyczna”, w celu zwrócenia uwagi władz i mieszkańców na konieczność budowania nowych ścieżek rowerowych. Ponieważ kocham wycieczki rowerowe i bardzo często korzystam z tej formy ruchu, nie mogło mnie tam nie być. Zmobilizowałam też swoich facetów i pojechaliśmy demonstrować nasze poparcie dla sprawy. Na miejscu okazało się, że spotkaliśmy dużo znajomych osób i wielu takich, których nie widziałam od dawna. Posypały się komplementy i było mi strasznie miło, że ludzie zauważają takie zmiany i potrafią to komentować w sposób bardzo życzliwy. Wspólny przejazd ulicami miasta zajął nam ponad godzinę (w asyście policji na motorach), a potem spotkaliśmy się wszyscy przy ognisku na tradycyjnych kiełbaskach. Było nas ponad 100 osób, czego niestety nie widac na zdjęciach, ale jak na pierwszą imprezę tego typu, to duży sukces.

Ja oczywiście darowałam sobie „ te przysmaki”, bo jakoś nie przekonuje mnie widok wypływającego tłuszczu i przypalonej skórki. Wracając z tej imprezy w gronie przyjaciół, postanowiliśmy wpaść do nowo otwartej kafejki na gorącą herbatę i słodkie co nieco. Desery wyglądały fantastycznie, zachwycaliśmy się nie tylko ich smakiem, ale i wyglądem. No i znów miałam dylemat, co wybrać. Kiedy moi znajomi zajadali słodkości pełne czekolady, bitej śmietany i lodów, ja zdecydowałam się na tartę ze szpinakiem i pyszną herbatę rozgrzewającą z dużą ilością pomarańczy i goździków. To był naprawdę miły wieczór, spędzony w miłym towarzystwie i wielka uczta dla moich oczu i kupek smakowych. Fajne jest to, że mimo dużych zmian w moim jadłospisie, wciąż mogę (od czasu do czasu) pozwolić sobie na kulinarne szaleństwo i nie mieć przy tym wyrzutów sumienia. Wystarczy wybierać rozsądnie i cieszyć się swoimi wyborami.


0

Czas szybko płynie, szczególnie, że już weszłam w rytm pracy na dwóch etatach (szkoła i logopedia), życie nabrało tempa i jesiennych barw. Są też miłe chwile, bo dużo frajdy sprawia mi ruch we wszelkich jego postaciach. Chociaż ciągle „ssie mnie w dołku”, próbuję się zebrać w sobie i nie spocząć na laurach, bo jak na razie nawet nie osiągnęłam zamierzonego celu – 20 kg (brakuje jeszcze 3 kg). Łatwiej idzie mi z ćwiczeniami niż z przestrzeganiem wszelkich dietetycznych zaleceń. Bardzo podobał mi się pomysł Bianki na dzienniczek ćwiczeń, a u mnie wyglądał on za ten tydzień następująco:
- poniedziałek: zajęcia w fitness klubie,
- wtorek: aerobik w mojej szkole (wycisk na dolne partie ciała)
- środa: taniec brzucha
- czwartek: zajęcia z piłką ( czyli body ball)
- piątek _ aerobik w szkole
- sobota: ruch naturalny czyli zakupy i sprzątanie oraz zakończenie sezonu rowerowego.
Tego ruchu jest rzeczywiście sporo, ale dużo lepiej się czuję jak się ruszam i mam poczucie, że zrobiłam coś dla siebie! Ja po prostu lubię się ruszać. Chociaż nie zawsze tak było, a o tym jak było i jak doszłam do tego, że lubię ruch, będziecie mogli przeczytać w listopadowej Super Linii:-)


2

Ani się obejrzałam, a już minął kolejny tydzień. Waga stoi w miejscu, ale mój apetyt niestety rośnie (znów zajadanie stresów:-).  Dziś byłam na imieninach i skusiłam się na ciasto, czego do tej pory starałam się unikać. Ale już biorę się w garść! Dopadło mnie przeziębienie, chodzę zasmarkana, ale na razie nie ma opcji zwolnienia, więc kuruję się sama i mam nadzieję, że mi to przejdzie. Generalnie to był raczej ciężki tydzień: dostałam telefon z Centrum Onkologii, radiolog (którego nie było na konsylium) obejrzał dokładnie moje wyniki i wg. niego zmiany są do wycięcia. Mam więc szybko podjąć decyzję, czy zgadzam się na ich wycięcie czy nie. Problem polega na tym, że te zmiany jeszcze nie są nowotworowe, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że będą. Mam w głowie mętlik, bo z jednej strony rozumiem, że pewnie dobrze byłoby je wyciąć, ale z drugiej buntuję się przed ich wycięciem, bo jeśli zmiany będą się rozprzestrzeniać i po kolei będą mi je wycinać, to szybko może się okazać, że nie mam piersi mimo, że nie stwierdzono u mnie komórek rakowych. Nie chcę się godzić , na profilaktyczne usuwanie piersi, kawałek po kawałku. Po prostu się nie zgadzam! Ale do końca nie wiem, co jest dla mnie lepsze, czy wracając do tej sytuacji za jakoś czas nie będę tego żałować. Jednak na dziś moja odpowiedź brzmi: NIE!


0

Niedzielny poranek spędziłam na kijkach z koleżanką. Dzień zapowiadał się słonecznie i ciepło, ale na koniec chodzenia musiałyśmy włączyć trzeci bieg, bo zaczął padać deszcz. Chodziłyśmy przez całe lato, ale po raz pierwszy zmoczył nas deszcz, więc zakończyłyśmy na gorącej herbacie. I tak było bardzo sympatycznie, a przy okazji zmierzyłyśmy wreszcie, długość naszej stałej trasy i okazało się, że to prawie 9 kilometrów!
Mam też za sobą rozmowę z moją panią doktor z Centrum Onkologii. Dowiedziałam się, że konsylium lekarskie rozważało wycięcie moich zmian, ale na razie stanęło na obserwacji. Kolejna mammografia porównawcza za 3 miesiące. Wyznaczono mi wizytę tuż przed świętami i mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. W sumie i tak odetchnęłam z ulgą, chociaż jeszcze nie pełną piersią:-).


0

Moja przyjaciółka z dawnych czasów obchodziła wczoraj swoje 40 urodziny. Kiedyś byłyśmy bardzo blisko ze sobą, na tyle blisko, że zostałam matką chrzestną jej syna. Potem nasze drogi się rozeszły, tylko czasem dzwonimy do siebie z życzeniami, czasem wysyłamy sms-a. Niedawno dowiedziałam się, że zaczęła leczenie w Centrum Onkologii, ale nie chce z nikim o tym rozmawiać. Szanuję to, bo każdy ma swój sposób na przeżywanie choroby. Ja zresztą też się nikomu nie chwalę i nikt z moich znajomych na razie o niczym nie wie, bo nie ma takiej potrzeby.
Długo zastanawiałam się jak powinnam się zachować w tej sytuacji. Z jednej strony nie chciałam się narzucać, a z drugiej urodziny to dobra okazja i pretekst, aby wpaść z życzeniami i trochę podagać, lub chociaż zasugerować taką gotowość ze swej strony. Dużo prostszą wersją byłby telefon z życzeniami, ale to nic by nie zmieniło w naszych relacjach. Postanowiłam zadziałać spontanicznie: kupiłam prezent oraz piękny bukiet kwiatów i pojechałam do niej, bez uprzedzenia. Tak po prostu, bez zapowiedzi, bez pewności czy jest i czy ma ochotę kogoś widzieć. Mimo godz. 19 nie zastałam jej w domu, więc zadzwoniłam z życzeniami i kiedy zaprosiła mnie na herbatkę, powiedziałam, że też miałam taki pomysł i już czekam u niej pod furtką. Ucieszyła się strasznie, było jej bardzo miło, że ktoś o niej pamiętał i dosłownie za 10 minut, była już w domu. Dla nas obu był to bardzo miły wieczór, pogadałyśmy sobie od serca i chyba nam obu było to bardzo potrzebne. W każdym razie ja się bardzo cieszę, że mimo pewnych obaw (czy wypada, czy nie wypada), udało mi się „przełamać lody” jakie były miedzy nami i na nowo odzyskałam przyjaciółkę. Przekonałam się po raz kolejny, że warto wychodzić ze swojej skorupy, warto otwierać się na ludzi i brać inicjatywę w swoje ręce, warto odnawiać i pielęgnować relacje z przyjaciółmi. Naprawdę warto!


0

W mojej głowie znów się coś poprzestawiało, niestety w tym nie najlepszym kierunku. Widzę, że coraz bardziej zaczynam podjadać między posiłkami, a to migdały, a to pestki słonecznika, płatki fitness czy żurawinę. Niby to zdrowe produkty i dopuszczalne w małej ilości, ale wszystko razem znacznie zwiększa ilość spożywanych kalorii. A zaczęło się od tortu śmietanowo – bezowego na chrzcinach i teraz nie chce mnie puścić:-) Tort był przepyszny i strasznie słodki (jedyna słodycz na jaką się skusiłam na tej imprezie, darowałam sobie rosół, flaki i żurek,  a  o pierś z indyka poprosiłam  bez obficie polanego sosu i frytek ). Ale cała ta impreza odblokowała jeden z moich wewnętrznych hamulców i teraz prawie cały czas ssie mnie w żołądku i co kawałek bym chętnie coś przegryzła. Znacie jakiś sposób na pozbycie się tego nieprzyjemnego odczucia? Dobrze, że pozostałe hamulce są nadal włączone:-)


2

Mam za sobą 6 godzin spędzonych na korytarzu w Centrum Onkologii w oczekiwaniu na wizytę i 10 minut w gabinecie lekarskim. Miałam nadzieję, że odbiorę wynik i wszystko będzie dobrze, że przestanę o tym myśleć przez najbliższy rok lub dwa, ale niestety sprawa dalej się ciągnie. Co prawda wynik jest dobry (tak twierdzi Pani doktor) ale mój przypadek jest niejednoznaczny i zostanie postawiony na konsylium lekarskim w przyszłym tygodniu. Więc dalej wiem, że nic nie wiem, a w dodatku niepokój rośnie, bo gdyby było wszystko ok. (jak twierdzi Pani doktor), to chyba nie byłoby potrzeby go konsultować. Prawda?
Humoru nie poprawił mi nawet upragniony zakup sukienki ani godzina aerobiku dla rozładowania stresu. Pozostała NIEPEWNOŚĆ.


1

Jestem ostatnio w temacie ubrań, a raczej ich poszukiwania. Moja szafa została oczyszczona i świeci pustkami, a w najbliższą niedzielę mamy duże spotkanie rodzinne czyli chrzest. Mam więc okazję, aby zainwestować w siebie i kupić sobie coś ładnego. Wydawało mi się, że jak mój rozmiar zmniejszył się z 52 na 46, to będzie to dużo łatwiejsze, ale niestety praktyka wcale tego nie potwierdza. Mam za sobą już trzy podejścia poszukiwawczo – zakupowe i niestety nie przyniosły one pożądanych efektów! O zgrozo, ile można chodzić, aby sobie coś ładnego kupić? Pocieszam się tylko, że 4 godziny shoppingu to prawie tak  jak 2 godziny na kijkach:-). Szukałam garsonki lub sukienki z żakietem, które będą pasowały i na tę uroczystość i potem dadzą się wykorzystać na jakieś mniej oficjalne wyjście: do teatru, na imprezę czy przysłowie imieniny u cioci. Niestety, nic takiego nie znalazłam. Jest zatrzęsienie kreacji weselnych, świecących, połyskujących  lub wydekoltowanych – a to nie w moim typie. Jak już coś mi się podobało, to albo nie miało żakietu (a trochę już za chłodno na same ramiączka), albo nie było mojego rozmiaru. Zauważyłam, że 46 to znacznie częściej kupowany rozmiar niż 52:-), a w dodatku przymierzałam kilka rzeczy w rozmiarze 44 i były dobre, co nieco mnie zdziwiło. Generalnie to ja nie lubię robić zakupów, nie sprawia mi to frajdy i męczy mnie fizycznie i psychicznie. Może dlatego, że mało mam takich doświadczeń.
Przez długie lata, świetne kreacje szyła mi moja mama – jakie tylko sobie wymarzyłam i narysowałam. Zawsze miałam coś ładnego, oryginalnego i świetnie uszytego na moją  sylwetkę. Potem ja przytyłam, mama nie mogła już szyć i zaczęło się chodzenie po sklepach. Nie wspominam tego dobrze, znalezienie czegoś dużego i ładnego graniczyło z cudem. Wiele razy usłyszałam komentarze typu: „takich dużych rozmiarów nie prowadzimy, do tego są specjalne sklepy”, „ nie mamy odzieży dla puszystych!” itp. Żeby tego uniknąć zaczęłam wyszukiwać ubrania w inetnecie i przez lata nabrałam w tym dużej wprawy:-). Co prawda nie wszystkie zakupy były 100% udane, ale zdecydowana większość tak. Jak mi coś nie pasowało, puszczałam „w obieg” wśród moich koleżanek, albo zanosiłam na jakieś małe poprawki do krawcowej. Teraz mam potrzebę przymierzenia tego, co chcę kupić (wciąż nie jestem pewna swojego aktualnego rozmiaru i patrzę w lustro z niedowierzaniem:-) i dlatego ciąg poszukiwawczo – zakupowy dalej trwa. Mam nadzieję, że uda mi się załatwić tą sprawę przed najbliższą niedzielą:-). We czwartek jadę do Warszawy (po odbiór wyników biopsji), więc w razie czego, jeszcze tam będę szaleć po sklepach. Mimo pewnego niepokoju wewnętrznego, staram się myśleć pozytywnie i mam nadzieję, że wynik badanie też będzie dla mnie pozytywny. Trzymajcie za mnie kciuki!


0

Ostatnie dni to gonitwa między pracą, domem i zajęciami fitness. Do tego jeszcze dwie rady pedagogiczna, zebranie z rodzicami, badania lekarskie, pisanie planów wychowawczych i mnóstwo papierkowej roboty, za którą nie przepadam. Staram się jednak codziennie wyskoczyć na zajęcia ruchowe albo do fitness klubu, albo do mojej szkoły, gdzie po wakacyjnej przerwie znów, w fajnej atmosferze i miłym towarzystwie ruszył aerobik. Mam za sobą kolejne zajęcia z tańca brzucha i jest już ok. No może jeszcze nie patrzę z przyjemnością w lustro, ale nie wygląda to już tak śmiesznie, jak na pierwszej lekcji.
Kilka dni temu poszłam zapisać się do fryzjera, bo moje włosy aż się prosiły, aby je obciąć. Moja pani fryzjerka przywitała mnie z uśmiechem i stwierdziła, że bardzo się zmieniłam przez wakacje na korzyść. Nie bardzo wiedziała, co się zmieniło, ale ogólne wrażenie bardzo pozytywne. Mimo że mnie podpytywała, nie powiedziałam jej na czym polega zmiana, a niech się głowi:-). Głowiła się rzeczywiście, ale jak poszłam wczoraj na wizytę, to już wiedziała i przywitała mnie radosnym okrzykiem: PANI SCHUDŁA! Kiedy dodałam, że 17 kilo nie mogła wyjść ze zdumienia i posypało się dużo komentarzy. Zaproponowała mi też zmianę fryzury i moje półdługie włosy obcieła asymetrycznie, znacznie skracając jedną stronę a drugą tylko trochę. W efekcie straciłam sporo włosów (które i tak bardzo mi wychodzą ostatnio), ale fryzura nabrała lekkości a ja młodzieńczego wyglądu (tuż przed cztardzestką:-) Fajnie jest dokonywać zmian w swoim życiu, bardzo mi się ten proces podoba!


4

Kiedy byliśmy w Turcji na wakacjach widzieliśmy przepiękny pokaz tańca brzucha w wykonaniu kilku tancerek. Zachwyciłam się ich gibkością, świadomością swojego ciała i seksapilem. 

Podziw i zachwyt przeplatały się w odrobiną zazdrości. Też by chciała tak umieć! Tyle tylko, że mój brzuch po ciąży i po dużej dawce nadprogramowych kilogramów absolutnie nie nadaje się do pokazywania. Chciałabym  umieć tańczyć dla siebie (no może nie tylko dla siebie, ewentualnie jeszcze mąż mógłby ocenić postępy w tej dziedzinie;-)

Kilka dni temu byliśmy w pobliskiej miejscowości na festynie żegnającym lato i wśród atrakcji dnia był również pokaz tańca brzucha. Znowu świetny, choć wersja egipska nie była tak olśniewający jak ta turecka. Zachowałam ulotkę reklamującą te zajęcia i z kartą Multisport w ręku pojechałam  na pokazową lekcję dla początkujących. Była instruktorka i 5 osób: 4 młode i zgrabne dziewczyny oraz ja. Nie najlepiej czułam się patrząc w lustro i próbując odtwarzać dość dziwaczne ruchy. Instruktorka zachęcała do pokazywania brzucha, ale jakoś trudno mi się było przełamać (szczególnie w tym towarzystwie). Mówiła dużo o akceptacji swojego ciała, o tym, że tylko osoba, która je zaakceptuje, może tańczyć w sposób świadomy i być w odbiorze zaakceptowaną przez widza. Dało mi to do myślenia: ja mimo zmian, które się dokonują w moim ciele i te zmiany są zdecydowanie pozytywne, nie do końca akceptuję swój wygląd. Szczególnie brzuch traktuję jako przysłowiową piętę achillesową. Dlatego to przełamanie się jest dla mnie trudne, ale z drugiej strony chce powalczyć ze sobą o tą części ciała. Same zajęcia były dziwaczne, dość długa rozgrzewka i dużo ćwiczeń rozciągających a potem napinających i rozluźniających kolejne partie mięśniowe. Ubawiłam się przy naprzemiennych ruchach pośladków, bo wcale nie jest łatwo napinać osobno każdą z tych partii mięśniowych. Potem co prawda bolały mnie wszystkie mięsnie, szczególnie te głęboko położone wokół pasa biodrowego, ale widzę głęboki sens tych zajęć, a może raczej traktuję to jako wyzwanie. Nie wiem czy długo wytrzymam, ale na razie chcę – nie tyle umieć tańczyć taniec brzucha, co wzmocnić swoje mięśnie i bardziej zaakceptować swojej ciało. Myślę, że te zajęcia mogą mi w tym pomóc.  A jak  wygląda u Was sprawa samoakceptacji?